Wąwóz Verdun – w górach Prowansji, na południowo-zachodnim krańcu Alp, rzeka Verdun wyraźnie wzbiera, zasilana wodą z topniejących lodów tam około 50 kilomrtrów na południe ku wybrzeżu, następne skreća i biegnie na zachód kolejne 50 kilometrów, aby wreszcie połączyć się z Drance, która wpada do Rodanu. Zbocza wąwozu niebawem stają się coraz bardziej strome, a w wielu miejscach nawet pionowe. Niektóre z wyższych ścian cieszą się popularnością wśród alpinistów. Wąwóz ma tylko 19 kilometrów długości, lecz na tak krótkim odcinku sięga 700 metrów w głąb, licząc od jego krawędzi do lustra wody. W niektórych miejscach jest również bardzo wąski, jego zbocza są oddalone od siebie zaledwie o 200 metrów. Jakkolwiek ściany są urwiste, co odważniejsi turyści mogą zejść ścieżką w głąb. Pozwoli to im podziwiać najwspanialsze z możliwych widoków, podczas gdy wznoszą się na wysokie strome zbocza i rozszalałe wodospady. Mniejsi ryzykanci mogą podziwiać wąwóz z autostrady Sblime. Wąwóz przecina kilka grubych warstw wapienni. W otaczających go skałach wapiennych znajdują się liczne jaskinie. Niekiedy trudno sobie uświadomić, że skały wapienne są osadami morskimi i zawierają szczątki niezliczonych zwierząt, bezkręgowców, których szkielety stanowią przeważającą część wapnia.
Liczne występujące tam jaskinie pozwalają przypuszczać, iż proces ów wspomagała chemiczna erozja skał wapiennych. Mimo to dziś dzień nie znaleziono dowodów na to, że pierwotnie wąwóz był podziemnym systemem jakiś jaskiń, których sklepienia runęły. Na obydwu trasach oznaczono najlepsze miejsca widokowe, często ukazujące kontrast między poszarpanymi jaskiniami, urwiskami wapiennymi a soczystą zielenią, łagodniejszych, pokrytych lasem zboczy.
Podobne
Pozostało kilka dni wyprawy, które można było zarezerwować na drugą próbę wejścia na szczyt lub na jakiś dłuższy trekking pod okoliczne ośmiotysięczniki. Po dniu odpoczynku i namyśle wybraliśmy trekking. Naszym celem stała się baza pod Cho Oyu (8201), ktora znajduje się na wysokości 5170m. Po drodze ja z Marcinem weszliśmy na łatwy szczyt Gokyo Ri (5360m) z którego rozpościera się niesamowita panorama na Himalaje Khumbu a w szczególności na szczyty Cho Oyu, Lhotse, Makalu (8463m) i Everest (8848). Po zejściu z Gokyo Ri, spędziliśmy noc w wiosce Gokio (4790m). Następnego dnia ruszyliśmy w dalszą drogę. W drodze do bazy pod Cho Oyu znaleźliśmy ciekawe cele na przyszłe wyjazdy w ten rejon Himalajów. Po wykonaniu kilku zdjęć na tle ośmiotysięcznika i spędzeniu nocy pod nim, wyruszyliśmy w drogę powrotną do naszej bazy pod Cholatse.
Po powrocie do bazy, mieliśmy trzy dni by się przygotować do wyruszenia w drogę powrotną do Lukli, a stamtąd dalej do Katmandu. Postanowiliśmy razem z Długim wybrać się na wspinanie po okolicznych ścianach. Za nasz cel obraliśmy ścianę znajdującą się w odległości 500m od naszego obozu. Razem z nami ruszył nasz szerpa Utrra. Poprowadziliśmy 200m drogę o trudnościach IV z miejscem VI. Nasz szerpa radził sobie znakomicie.
Powrót do Lukli zajął mi i Długiemu trzy dni. Gdy razem karawaną wracaliśmy do Lukli, Tomek z Marcinem wyruszyli okrężną droga do Lukli robiąc trekking przez przełęcz Cho La (54210m) do stop Everstu i do bazy wysuniętej (5700m) na Pumori (7161m),. Następnego dnia rankiem po dotarciu do Lukli wsiedliśmy do samolotu i szczęśliwie dolecieliśmy do Katmandu.
W Katmandu spędziliśmy parę dni w oczekiwaniu na lot do Delhi, czas ten spożytkowaliśmy na zwiedzaniu miejscowych zabytków oraz uzupełnianiu w restauracjach straconych podczas wyprawy kilogramów.
Prócz naszej czwórki na treking w rejon Everestu z Częstochowy wybrała się jeszcze Ania Pawiak, która samotnie dostała się do bazy pod Everestem a następnie przez przełęcz Cho La (5420m), dotarła do naszej bazy pod Cholatse. Prócz Ani niemal wspólnie z nami do Nepalu wyleciał też Michał Różycki, który prócz pobytu w tym rejonie Himalajów Khumbu, zwiedził też okolice Annapurny (8091m).